niedziela, 29 maja 2011

fish & chips

Rybny masaż stóp. Siadamy w fotelu i wkładamy nogi do akwarium, a małe rybki skubią nam pięty. Punkt usługowy centrum handlowego. Tuż obok znajduje się McDonald's - zestawienie fish & chips nabrało dla mnie nowego znaczenia.

Dzisiaj miasto miało fiestę. Zapowiedź Festiwalu Karaibskiego przy tej paskudnej pogodzie od początku brzmiała jak żart. Rano lało. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po po południu, w ciągu pół godziny, z nieba zniknęły ciężkie, szare chmury. I oto nastały błękit nieba oraz żar słońca. Idealne na pięciogodzinną karaibską paradę. Zespół bębniarzy był zdecydowanie zacny. Energia i rytm w czystej postaci. Na końcu impreza w parku Avenham - kiełbaski, piwo, wódka, ziele i kiepski rap ze sceny. Ale leżenia na perfekcyjnie zielonej trawie w perfekcyjnym ciepłym słońcu nie mógł mi dzisiaj zepsuć nawet ten kiepski rap.

I znowu leje.

sobota, 28 maja 2011

don't give a shit

Kolejny zimny, wietrzny dzień. Będę tak marudzić, dopóki nie przywyknę, gdyż prognozy wydają się nieugięte. Na dodatek do mojego wielkiego pustego domu wprowadziła się Kate i powiedziała, że Preston to najbardziej deszczowe miasto Anglii. Black hole, w wolnym tłumaczeniu czarna dupa. Preston, Preston, Depresston.

Kate jest typowym przykładem wpływu fa(s)tfoodów na ludzi, waży chyba tyle, ile mały słonik... Generalnie wyglądem bardziej straszy niż zachęca, dlatego zdjęć z dzisiejszego dnia nie będzie - jakoś nie mogę się przełamać. Kate ma też wiele zalet- na przykład przywiozła telewizor i włączyła mi w nim angielskie napisy. W ten sposób przekonała mnie do obejrzenia pojedynku Manchesteru z Barceloną. Niestety tak zaczytałam się w napisach, że przegapiłam dwie bramki łącznie z powtórkami.

Gapienie się w angielskie programy rozrywkowe wydaje się dosyć odmóżdżającym zajęciem i zapewne w krótkim czasie zrównoważy natężony intelektualny wysiłek, który wymusiły na mnie niedawne egzaminy. Ochoczo poddaję się temu zjawisku. Wiem już na przykład, że rocznie ok 400 Brytyjczykom udzielana jest nagła pomoc medyczna w związku z herbatnikami (bardzo żałuję, ale nie podano szczegółów). Dowiedziałam się też, że prezydent Obama (pomimo wizyty w Polsce) bardzo martwi się o amerykańskie dzieci, zagrożone nawracającą świńską grypą, podczas gdy brytyjskie dzieci don't give a shit. To pewnie przez te fajne szkolne mundurki.

W wolnych chwilach uważnie oglądam przechodniów za oknem, mam bowiem nieodparte wrażenie, że więcej widzę tu obcych niż anglików. W sklepie na rogu obsługiwał mnie Pakistańczyk, a na półce na leżały czteropaki Lecha, Żywca i Żubra. Ja jednak wspieram lokalny przemysł i po dzisiejszym wieczorze z całego serca polecę Crabbies Ginger Beer, które nie jest wcale piwem krabowo-imbirowym. Jest tylko imbirowym, a na etykiecie ma słonika i kaktus. Co do Pakistańczyków, to musze dodać, że latają po Preston w tych swoich sukienkach arabskich bez żadnego skrępowania. A kobiet z pozasłanianymi twarzami jest prawie tyle, co w Kairze.

piątek, 27 maja 2011

why so sed? nobody died!

W szpitalu zaakceptowali bez mrugnięcia okiem moją kartę szczepień, tworzoną na podstawie ksera z przed kilku lat, pięknie podbitą w Katedrze Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego. I pewnie dlatego pobierali mi krew bez rękawiczek (żart, nie wiem dlaczego). Testy zajmą tydzień i do tego czasu nie mam prawa dotykać pacjentów, co jest dosyć logiczne i aż szkoda, że u nas nie można tego przestrzegać, przecież to takie proste. Na dodatek, wbrew moim przypuszczeniom nie obciążyli mnie żadnymi kosztami, wręcz zaproponowali darmowe doszczepianie przeciwko HBV.

Tymczasem staram się tu zadomowić z całych sił - na przykład mam już swoje ulubione BBC radio 2, które sponsoruje cytat dnia ("Why so sed? Nobody died!").

Nawet na mieście nie gubię się już tak bardzo, prowadzi mnie skutecznie google maps. Przemiły operator komórkowy o2 do karty sim za 10 funtów dorzucił mi 500Mb internetu, czym zaskał sobie moją lojalność przynajmniej do wyjazdu z Preston. Takich taryf życzymy sobie w Polsce.

Nadal jest mi zimno, dzisiaj zaczęłam chodzić w rękawiczkach. Mamy tutaj wietrzne 12 stopni. Ale za to pokazało się trochę błękitnego nieba, a kilka razy przebiły się promyki słońca. Lato podobno było w kwietniu. Super, po prostu ekstra.

Udało mi się obejrzeć Moor Park, jedyne miejsce którego nie widziałam jeszcze w Preston, wszystkie inne są na Google Street View. Park jest fantastyczny. Trzeba angolom przyznać, że parki i pola golfowe mają bajeczne.

czwartek, 26 maja 2011

here I come

Najbardziej pociąga mnie w jeżdżeniu daleko to, że wyostrzają mi się zmysły. Każdym kawałkiem siebie zbieram te informacje, chłonę to wszystko co mnie otacza jak gąbka. Wszystko wydaje się takie intensywne, wszystko wyraziste, nawet jeśli nie zawsze takie fantastyczne. Bo czy deszcz na przedmieściach Preston może być fajny? Taki zimny deszcz, kiedy wiatr przenika najbardziej winterstopowe warstwy jakie posiadam, nowe buty benzadziejnie obtarły mi obydwie pięty, temperatura oscyluje w okolicach 14st C? Nie, taki deszcz nie może być fajny. Trochę pamiętam o ciepłym majowym Wrocławiu, ale nie bardzo potrafię sobie wyobrazić jak to jest tak się na przykład grzać w słońcu i bujać na hamaku. Przecież to było przedwczoraj. Ale ten bury chłód, co go mam tutaj, zdominował wszystko.

Zamiast noclegu na lotnisku przytrafił mi się nocleg u wrocławiaków, agrestowe wino i rozmowy z ludźmi których przez cały lot miałam za skończonych palantów. Bo czasem można się pomylić, ale czasem też można ugryźć się w język, co mi przecież nie udaje się zbyt często.

W moim domu nie działa internet gdyż przesyłka z modemem trafiła pod niewłaściwy adres. Traktuję to z dużą dozą wyrozumiałości, bo przesyłki trafiające pod zły adres, zwłaszcza z moim nazwiskiem w polu adresata, zdarzają się raz na czas. Ale przecież skype, przecież maile, przecież płakanie na lotnisku zobowiązuje do jakiegoś stopnia realnej determinacji. Poszłam poszukać darmowego wi-fi. Ponieważ banki skroiły ze mnie podwójne przewalutowanie, a interent mam wliczony w czynsz postanowiłam znaleźć wi-fi fanatycznie darmowe, czyli kawa w starbucksie odpadała w przedbiegach. Po 1,5 godziny poszukiwań przez przypadek znalazłam czego chciałam. Okazało się jednak, że umawianie się na skypie na godzinę 13 osób z dwóch stref czasowych jest pomysłem chybionym. Po powrocie do domu zlokalizowałam niezabezpieczoną sieć wi-fi. Siedzę przy biurku, odbieram maile, patrzę na to bure za oknem i czasem rozcieram ręce, bo jednak zimno.